środa, Kwiecień 26, 2017
Flesch Mazowsza

To jest ważna część mojego życia

Marcin Giziński Kwiecień 20, 2017 Kultura

O spektaklu „Pół na pół”, byciu aktorem i kulisach przedstawienia z aktorem Piotrem Szwedesem rozmawia Daria Głowacka.

Spektakl „Pół na pół” określany jest przez realizatorów jako „czarna komedia”. Błyskotliwe dialogi, nieoczekiwane zwroty akcji, piętrowe kłamstwa, wyraziście nakreślone postacie oraz olbrzymia dawka humoru. Co w rzeczywistości sprawia, że sztuka cieszy się dużą popularnością?

Historia zaczyna się od tego, że dwóch braci kłóci się o spadek po matce, która żyje jeszcze za drzwiami. Nie chodzi tu tylko o to, że dwaj bracia planują zamach na mamusię. Nie jest to prosta historia. Spektakl przestrzega przed tym, co może w życiu wydarzyć się naprawdę, jeśli znajdzie to swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Pewnie Ci dwaj bracia żyli trochę za lekko i mimo, że byli braćmi nie znali się zbyt dobrze, nie kochali się. W tej całej historii jeden z nich zrezygnował z marzeń, ze wszystkiego, żeby opiekować się chorą mamą. Drugi uciekł do żony, trafiając z deszczu pod rynnę. W związku z tym, pokazujemy konsekwencję tego ich nieświadomego życia. Często śpimy w życiu i to dopiero tragedie nas budzą, coś złego, co dzieje się w życiu. Budzimy się i zauważamy, że te poprzednie lata nie były życiem. Dla niektórych tym obudzeniem będzie religia, dla innych seks, pieniądze czy władza. Różne rzeczy kierują nami w życiu. Ważne jednak, aby to wszystko dobrze się kończyło. Oczywiście nie mogę zdradzić zakończenia tej sztuki. Natomiast to, że ona jest właśnie taka powoduje, że chyba dlatego jest taka popularna, znana w całej Polsce. Ta historia jest prawdziwa i ludzie to doceniają. Nie chcemy, żeby na scenie była tylko zabawa, żeby się permanentnie śmiać. Zostawiamy widzom miejsce na myślenie, ponieważ to sprawia, że teatr jest interesujący.

Wojciech Malajkat starał się pokazać, ile humoru można znaleźć w tak poważnym temacie. Co każdy z tych bohaterów wnosi do spektaklu?

Przyleciał do nas autor z Barcelony – Anton Gómez, który założył, że ta komedia ma przerażać, ponieważ dotyka poważnych tematów. Wojtek [Malajkat – przyp. red.] to jeszcze bardziej podkreślił swoją reżyserią. Natomiast ja z Piotrem [Polkiem – przyp. red.] staramy się ogrywać swoje role jak najlepiej. O tym, co każdy z bohaterów wnosi do spektaklu powinniśmy mówić jednak jak najmniej. Trzeba spektakl obejrzeć. Akcja rozgrywa się w ciągu dwóch dni i widz zastanawia się, czy ten zamach się uda czy nie? Czy ma to sens czy też nie? Obaj bracia mają rację i obaj się mylą, tak jak w życiu. Nie ma doskonałej recepty na życie, na sukces, na dobrą miłość czy nienawiść. Po obejrzeniu spektaklu widzowie mówią: jak u nas w domu, jak w rodzinie. Takie rzeczy są potrzebne, ponieważ nawet jak je znamy z autopsji czy słyszymy o nich, to oczywiste, ale dopiero sztuka porządkuje nam świat. Czasami żyjemy w chaosie, niby o tym wiemy, ale nie jesteśmy pewni czy to prawda, a taka sztuka pewne rzeczy porządkuje i powoduje, że nie możemy się dalej gubić.

Gustaw Holoubek powiedział kiedyś, że aktor przygotowując się do roli może sięgnąć też w głąb samego siebie, odwołać się do siebie. Co Pan o tym myśli?

Gustaw Holoubek reprezentował rodzaj aktorstwa intelektualnego. Nie miałem z nim nigdy zajęć, ponieważ jestem po Szkole Filmowej w Łodzi, natomiast rozumiem to jako aktorstwo, oczywiście, na wysokim poziomie. Ale na przykład już Tadeusz Łomnicki reprezentował całkowicie odwrotny typ aktorstwa. Następowała całkowita transformacja cech, od zewnętrznych po wewnętrzne. Stanisławski, Michaił Czechow, świetnie to potrafili opisać, w końcu byli prekursorami tych metod. Jest dużo prawdy w tym, co mówił Gustaw Holoubek. Pamiętajmy jednak, że nie zmieniamy się na całe życie. Na tym polega aktorstwo. Musimy bazować na doświadczeniu i wyobraźni, a nie tworzyć pewne stany lękowe czy chorobowe, żeby stworzyć jakąś postać, ponieważ wtedy może stać się to niebezpieczne.

Czy pamięta Pan swoją pierwszą wizytę w teatrze. Co Pana w nim wtedy zachwyciło?

Pochodzę z Warmii, Lidzbarka Warmińskiego, więc to raczej teatr przyjeżdżał do nas, ale pamiętam Wilhelmiego i Gajosa. W teatrze fascynujący był ten inny, dziwny świat. Już w szkole podstawowej, a potem w liceum miałem kontakt ze sceną, grałem w kabaretach, miałem zespoły muzyczne, ale nigdy nie myślałem, że w przyszłości będzie to mój zawód. To była dla mnie zabawa. Później zdawałem na prawo do Torunia, ale nie dostałem się. I raptem uciekając przed wojskiem, zdałem do szkoły pomaturalnej w Mrągowie. Tam zaangażowałem się w zajęcia teatralne, które prowadziła ta sama osoba, która przygotowywała Wojtka Malajkata. To właśnie ona namówiła mnie, żebym pojechał do szkoły filmowej na egzaminy. Zdałem je od razu, a po pół roku już wiedziałem, że nie wracam na prawo. Scena obecna była w moim życiu od zawsze i myślę, że tak naprawdę czekała na mnie. To jest ważna część mojego życia, od którego zmykam do rodziny.

Teatr to miejsce magiczne, ale i tu może zdarzyć się coś nieprzewidywalnego. Czy podczas grania w teatrze lub telewizji przydarzyła się Panu jakaś sytuacja, którą dziś można wspominać jako anegdotę?

W teatrze dzieją się różne rzeczy i dlatego jest on taki wspaniały. Byliśmy niedawno w jakimś mieście z Piotrem [Polkiem – przyp. red.] i niespodziewanie zgasło światło. Jakbyśmy byli mniej doświadczeni, to pewnie byśmy przerwali, ale graliśmy dalej. Musieliśmy improwizować, Piotr dołożył kilka kwestii: – Nie zapłaciłeś rachunków za prąd? Ja: wiesz mamusia ciągle taka skąpa. Później światło się zapaliło i poczuliśmy ulgę: jak świetnie! I znowu zgasło, więc byliśmy mokrzy ze stresu, jak wyszliśmy na przerwę. Po przerwie graliśmy dalej. Później, po spektaklu, dowiedzieliśmy się, że światło wróciło dzięki temu, że nasz techniczny przebiegł dookoła cały budynek, pobiegł za kulisy I trzymał do końca aktu bezpiecznik. Tylko dlatego światło wróciło (śmiech). My z nim. Widownia, oczywiście, myślała, że tak miało być. Bo miało.

Dziękuję za rozmowę.

Like this Article? Share it!

About The Author

Comments are closed.